Skip to content

Co można znaleźć w mikołajowej czapce?

Ta historia zaczęła się w salonie niewielkiego domu, przy jednej z małych uliczek na peryferiach miasta. Albo w bazie huncwotów na piętrze tego domu. A może jednak w ogrodzie, pomiędzy krzewami róż, a tarasem? Możliwe. Chociaż ktoś mógłby się uprzeć, że wszystkiemu dał początek mrukliwy sąsiad spod numeru… No właśnie, domy tutaj nie miały jeszcze numerów, a uliczka nazwy. Ba! Nie miała nawet asfaltu.

Trudno zresztą się dziwić, osiedle dopiero powstawało i zamieszkały był jak na razie jeden jedyny dom. W nim właśnie trwała dość głośna narada. Jej uczestnicy nie zdawali sobie jednak sprawy, że nie są sami. Gdyby wiedzieli, że ktoś ich obserwuje, może mówiliby szeptem. Ale nie mieli o tym pojęcia i ich nieznacznie przytłumione głosy niosły się po całym ogrodzie.

Obserwator przyczaił się tuż za krawędzią tarasu. Przez wielkie okna od podłogi aż po sufit widział wszystko doskonale. Przy stole siedziało dwoje dorosłych ludzi. Przed chwilą w pokoju piętro wyżej ułożyli dzieci do snu. Teraz rozmawiali z ożywieniem, koncentrując się na czapce, leżącej przed nimi.

– To w ogóle nie jest nasza tradycja – powiedział mężczyzna, wstając. – Poza tym, już powiesiliśmy skarpety przed domem, zamiast na kominku.
– Bo nie mamy kominka. A skoro to nie jest nasza tradycja, to nie masz czego bronić. Widzisz, że im zależy. Nie psuj zabawy. Zresztą, mają dużo racji — nasz komin jest wąski i wystaje z niego rura. Nikt nim nie przejdzie, a taki Mikołaj to już na pewno. Jaki on nosi rozmiar? 6XL? – Nie wiedzieć czemu, popatrzyła na brzuch męża i dodała: – Nawet gdyby jakimś cudem udało mu się zmieścić, to przecież na końcu nie ma kominkowego paleniska. Jest kratka wentylacyjna w łazience, albo piecyk gazowy w kuchni. Ma się przez tę kratkę przecisnąć, jak przez sitko prosto do mojej wanny? Albo wskoczyć do junkersa?

Kobieta spoglądała na rozmówcę z wyraźnym rozbawieniem. Oparty o stół, podrzucał teraz w ręce czerwono-białą czapkę. Podeszła i przytuliła się.

– Bądź dobrym pomocnikiem Mikołaja, kochanie. On słucha dzieci. Jagoda nieźle to wymyśliła. Elfy muszą mieć czas, żeby zorientować się, gdzie zostawić prezenty. No, a skoro huncwoty obawiają się, że skarpety mogą być za małe, to można chyba dowiesić czapkę?
– A wszystko dwa tygodnie wcześniej? Jest listopad. Zaraz zaśmierdną się na deszczu i będziemy robić pranie skarpet Mikołaja. – Westchnął i ostentacyjnie wywrócił oczami.
– Prawie nie pada, nie przesadzaj. I to przecież nie są zwykłe skarpetki, nic im nie będzie. Czapka też wytrzyma. Z daleka będzie widać, że tu się wierzy w Mikołaja, a nasze dzieci były grzeczne.

– Nie bądź taka pewna, do szóstego grudnia niejedno może się zdarzyć, znasz ich. Nie mamy nawet pewności, że teraz naprawdę śpią – ściszył głos i wymownie popatrzył w stronę schodów. – A tak w ogóle to wiesz, że kominek, skarpety i inne tego typu rzeczy nie mają znaczenia, skoro tu ma działać magia Mikołaja? Chyba nie wierzysz, że on przeciska się przez kominy…
– Ciii… – Położyła mu palec na ustach i nasłuchiwała przez chwilę.
– Poza tym – kontynuował szeptem – co ludzie powiedzą, jak powieszę taką czapkę na tarasie przed domem? To będzie wyglądało jak jakieś trofeum. Pomyślą, że upolowałem Mikołaja. Nie darują mi.

Oboje parsknęli śmiechem. Wzięła czapkę i nałożyła mu na głowę. Wspięła się na palcach i robiąc zdjęcie, pocałowała nieogolony policzek.
– Będę miała na Insta. – Mrugnęła porozumiewawczo. – Idź, powieś to, zanim zrobi się całkiem późno.

Nad tarasem rozbłysnęły lampy. Obserwator błyskawicznie przywarł do ziemi i zmrużył podrażnione jasnym światłem oczy. Przeszklone drzwi otworzyły się i z domu wyszedł mężczyzna. Chwilę majstrował przy podporze daszku obwieszonej kolorowymi skarpetami, a potem obok nich zahaczył czapkę.
– Gotowe? Pokaż… Pomponem w dół? – kobieta wystawiła głowę przez uchylone drzwi.
– Gotowe, gotowe. Nie wisi to za nisko?
– Nieee… tak jak mówiły dzieci — ma być na takiej wysokości, żeby nie musiał nawet wysiadać z sań. Chodź już, zimno jest. Zasłonię jeszcze okna. Dziękuję, że to zrobiłeś. Jesteś dobrym tatą.
– Drobiazg, skoro to takie ważne… Chociaż naprawdę nie ma sensu, bo do szóstego na pewno wszystko zdąży zmoknąć i zamarznąć. Z prezentami włącznie.
– Nie narzekaj, będzie dobrze.

Przenieśli się w głąb domu, jeszcze trochę hałasowali, pluskała woda, a potem światła pogasły i zapadła cisza.

Postać ukryta za tarasem uniosła się i lekko skoczyła na deski. Bezszelestnie podbiegła do wiszącej czapki. Wiatr delikatnie kołysał białym pomponem. To było takie kuszące! Intruz cofnął się o dwa kroki i przywarł do podłoża. Zaraz potem lekko uniósł się, zastygł i wreszcie skoczył! Jedno uderzenie wystarczyło. Czapka spadła z haczyka. Napastnik skoczył drugi raz. Znowu mocno uderzył. Tym razem jednak coś poszło nie tak, bo zamiast opaść na deski, trzymała się palców, jak rzep psiego ogona. Nie pomogło potrząsanie i kolejne uderzenia. Przerażony ruszył na oślep przed siebie, jak wystrzelony z katapulty.

– Słyszałeś? Ktoś jest na tarasie. Trzeba to sprawdzić.
– Nikogo nie ma, śpij, to wiatr… – Mężczyzna mocniej naciągnął kołdrę. – Proszę cię, rano trzeba wstać i zawieźć dzieci do szkoły.
– Ktoś tam jest. Ja idę. – Wstała, narzuciła na piżamę grubą bluzę z kapturem i uzbrojona w ciężką latarkę ruszyła na taras.

Latarka nie była potrzebna (w każdym razie nie jako źródło światła), bo oświetlenie przed domem działało. Wiatr ledwo dmuchał, najsłabiej jak się dało – w sam raz, żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że nie robi, co do niego należy. Było już bardzo zimno. Stała, przebierając palcami w pantoflach i patrzyła na rozrzucone narzędzia do grilla.

– Dziwne, coś musiało wywrócić stojak… – mruknęła i schyliła się, by je pozbierać, kiedy usłyszała głośny stuk.
– Czy ona nie powinna wisieć na słupku? – pomyślała zdziwiona, widząc czerwono-białą czapkę, która wyskoczyła spomiędzy doniczek w prawym kącie tarasu i pędziła prosto na nią.
– Aaaaaa! – krzyknęła, kiedy czapka przegalopowała jej po stopach. Tym razem w całej okolicy na pewno było słychać w całej okolicy. Pięć sekund później, w domu paliły się chyba wszystkie światła, a jej zaspany mąż wybiegał przed budynek.
– Co się dzieje, kto tu jest!?

Tymczasem czapka doturlała się do końca tarasu, odbiła od jego ogrodzenia i szamocząc się ruszyła w drugą stronę, przy wtórze mieszaniny dziwnych pisków, jęków i warknięć. Kiedy trafiła na rozsypane narzędzia, z głośnym wrzaskiem wyskoczyła w górę na dobre dwa metry i z plaśnięciem opadła na podłogę tuż przed osłupiałymi ludźmi. Zapadła cisza.

– O kurczę, latająca czapka! – powiedział mężczyzna z udawanym zdumieniem, jakby chciał żartami dodać sobie odwagi. – A może to duchy? – dodał konspiracyjnym szeptem i zawył cicho: – Uuuu…
– Nie bądź głuptasem. Czapki nie latają, a na duchy jest za wcześnie. – zaśmiała się lekko.
– To kot – orzekła, patrząc na ogonek wystający spod białego materiału.
Czapka poruszyła się i rozpaczliwie miauknęła.
– No przecież widzę, że kot. – Zrobił minę udając obrażonego.

Pochyliła się i opuszkiem palca delikatnie dotknęła ogonka. Ogonek natychmiast zniknął pod krawędzią materiału.
– Aha! – Zabrzmiało to tak, jakby właśnie dowiedziała się czegoś bardzo ważnego.
Czapka znów się poruszyła i tym razem syknęła.
– Mhm… czyli chcesz być groźny, rozumiem – stwierdziła mama i postanowiła mimo wszystko zaryzykować.
Lekko podrapała czapkę w miejscu, które uznała za tył kota. Tym razem nakrycie głowy nawet nie drgnęło, za to znowu wydało z siebie rozpaczliwe miauknięcie.
– Jednak chcesz być uratowany – powiedziała pod nosem.
– Będę potrzebowała… – Dopiero teraz dostrzegła, że jej partner stoi boso, a na ramiona narzucił koc.
– Daj mi ten koc, proszę.
– Ale ty wzięłaś już moją bluzę.
– To daj mi koc i wejdź do domu.
Teatralnym gestem podał jej okrycie i stanął w drzwiach.

Kiedy owinięty kocykiem kot został uwolniony z czapki-pułapki, okazało się, że była zahaczona o pazurek. Wystarczyło delikatnie ucisnąć łapę, by pazury się wysunęły i czapka opadła na taras.
– Gotowe! – oznajmiła z zadowoleniem kobieta i odwróciła się w stronę domu, przytulając leżącego w kocyku białego kota.
– Łaaał! – dobiegło z głębi salonu.
Jakoś w połowie schodów stały dzieci z latarkami w rękach. Najmłodszemu w kieszeni migotało światełko rowerowe.
– Ejże! Co wy tu robicie!? Jagoda, Maciek, Bartosz, uciekać na górę do spania! – Mężczyzna natychmiast ruszył w ich stronę.
– Mamo, ty masz kota! – pisnęła dziewczynka.
– Taaatooo… – jęknął Maciej.
– Na górę! – Tata wyraźnie tracił cierpliwość.

Cała ekipa niechętnie podreptała po stopniach, ale migotanie światła na półpiętrze i co chwilę wychylająca się głowa któregoś, jasno wskazywały miejsce założenia obozu obserwacyjnego.

Tymczasem zwierz, delikatnie drapany za uszkiem, zaczął donośnie mruczeć.
– Myślę, że ma nie więcej niż pół roku – orzekła fachowym tonem mama i ruszyła w kierunku drzwi.
– Powiesisz czapkę? Ten dżentelmen nie będzie już jej strącał.
– Zamierzasz go zabrać? – zapytał zaskoczony i instynktownie przesunął się, blokując wejście do salonu.
– A co, ty zostawiłbyś Mikołaja?
– Przecież to nie jest Mikołaj, to kot – odparł trochę speszony tata.
– No to Kotołaj. Idzie z nami. Nie wygonisz go na wiatr i deszcz.
– Przecież nie wieje i nie pada. – Nie dawał za wygraną.
– Ale będzie. – Podniosła czapkę z desek i rzuciła mężowi. – Powieś to proszę.
Wiedziała, że to tylko przekomarzanki. Jeszcze nigdy nie zostawili zwierzęcia bez pomocy.
– Ciekawe, czy to on, czy ona – rzuciła.
– Nieważne, najwyżej będzie Kotołajka, albo Kociajka. Ale coś czuję, że to chłopak. – Uśmiechnął się i wszedł za nią do domu.

Ledwo zamknął za sobą drzwi tarasu, a już zadudniły małe stopy. Dzieci znowu stały na schodach z rozdziawionymi buziami.
– Mamo, ty masz kota – powtórzyła Jagoda.
– Znalazła kota. I wzięła go do środka. To Mruczysław! – Bartosz rzeczowym tonem podał wszystkim skróconą wersję wydarzeń.
– Nie Mruczysław, tylko Kotołaj. – Mama oglądała wyraźnie zadowolonego zwierzaka, który wyłożył się na kocyku i wpatrywał się w nią zielono-złotymi oczami.

Miał czarne zakończenie ogonka, czarne końcówki łapek i śmieszną czarną kreskę na nosie, jakby ktoś dla żartu maznął go farbą.
– Niech będzie Kotołaj! Kotołaj jest piękny, jaki słodki, mogę go pogłaskać? Koootooołaaaj… – Maciek najwyraźniej odzyskał głos.
– Nie, nie możecie się teraz z nim bawić. Jest późno, a poza tym muszę najpierw dokładnie go pooglądać, odpchlić i pokazać weterynarzowi. Miał już dzisiaj dosyć wrażeń. Teraz zorganizuję mu tymczasowy pokoik w naszej łazience. Na pewno jest głodny. Kotołaj musi odpocząć.
– Wy też. – Tata rozłożył ręce i jak kura pisklęta zaganiał dzieci do ich pokoju. – Dobranoc. Do łóżek. Czas spać.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Jeszcze ze sto razy trzeba było poprawiać poduszki, wodę podawać, jedne pluszaki zabrać, inne przynieść. I bajkę opowiedzieć. I wszystko obiecać. Kołysankę zanucić. Aż wreszcie zasnęły huncwoty, upewniwszy się wcześniej, że kot nie zniknie nigdzie do jutra, a czapka wisi na swoim miejscu.

Na dole, w łazience, sprawca całego zamieszania kręcił się niespokojnie na prowizorycznym legowisku w pudełku po Duplo. Było mu ciepło i dobrze, napił się i zjadł trochę, ale wolał spać bliżej ludzi. Miauknął raz, drugi i trzeci. Odpowiedziała mu cisza. Spróbował głośniej, potem jeszcze kilka razy, aż wreszcie zmęczony, zwinął się w kłębek na kocyku i zasnął.

Teraz już wiecie, co można znaleźć w mikołajowej czapce, o ile będziecie na tyle zwariowani, by powiesić ją przed domem jeszcze w listopadzie i zaczekać, co się wydarzy. Czasem dzieją się takie rzeczy, że ho, ho! Można na przykład nieświadomie uruchomić potężną magię. Czegokolwiek by nie przyniosła, trzeba będzie później sobie z tym poradzić.

Jedno jest pewne – w domu bez numeru, przy ulicy bez nazwy, wszyscy dostali prezent dwa tygodnie przed terminem. I chyba nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co się teraz będzie działo. Ale to już temat na inną opowieść.

Jarosław Nykiel
Bielsko-Biała, 2018-12-04

Published inOpowiadania